Zobacz i przeczytaj o tym, co dzieje się na blogu, kiedy myślisz, że na blogu nie dzieje się nic. Bo dzieje się dużo, a wpisy na stronie głównej to jedynie esencja tych wydarzeń. W dziennikach PrzemiumMoto.pl na bieżąco opisuję Wam zdarzenia z mojego zmotoryzowanego życia i dziele się refleksjami, jakie ono rodzi. Cyklicznie i regularnie. Nowy wpis co trzy dni.

#update 20.05.2017: jeździłem pierwszą generacją Toyoty Prius

#Toyota #Prius I #będęMiećDoPortfolio

Wiem, nie jest to jakieś specjalne osiągnięcie, ale Priusa I od zawsze chciałem mieć w swoim motoryzacyjnym portfolio. Bo to model wyjątkowy, od niego, w 1997 roku zaczęła się hybrydowa rewolucja. Tak, to już 20 lat, od czasu, kiedy na rynku pojawił się Prius. Nie było jeszcze Facebooka, nie było Youtube’a, ba nie było nawet Google’a. Dzisiaj trudno wyobrazić sobie świat bez przynajmniej dwóch z tych trzech „wynalazków”, tak samo jak trudno wyobrazić sobie współczesną motoryzację bez hybryd. Chociaż… z drugiej strony… albo już nic.

Wsiadam do Priusa. Muszę zaznaczyć, że to nie pierwszy lepszy Prius… pierwszy. To jedyny kupiony w Polsce egzemplarz Priusa pierwszej generacji, który należy do Toyota Motor Poland. Bo trzeba Wam wiedzieć, że Prius I w Polsce właściwie nie był oferowany. To prawdziwy egzotyk. Rozsiadam się w wygodnym, miękkim fotelu pokrytym szarym welurem – kwintesencja lat 90. Mam mnóstwo miejsca. Siedzę wysoko, a duże szyby zapewniają dobrą widoczność. Nie ma tu tunelu środkowego, a lewarek skrzyni biegów umieszczony przy kierownicy przypomina wolant dla inwalidy. Sympatię wzbudza niewielki ekran dotykowy(!), który tradycyjnie w Priusie wyświetla informacje o przepływie energii. Patrząc na niego, przypomniałem sobie rozgrywki w Wormsy I na moim pierwszym komputerze – 486 DX4 100 MHz. Podobna rozdzielczość. A teraz największa ciekawostka – Priusa odpalam z kluczyka. Pokażcie mi inną hybrydę, którą uruchamia się kluczykiem.

Jedziemy. Kierownicą można kręcić niemal w nieskończoność. Przełożenie jest diabelnie powolne. Dobrze jednak wpisuje się w ogólnie relaksujący charakter Priusa. Rozsiadasz się, wciskasz gaz i jedziesz. Nie ma żadnych trybów jazdy (jedynie bieg B wymuszający silniejsze hamowanie silnikiem), wszystko jest proste i zwyczajne. No i zawieszenie – bajecznie miękkie, łagodnie kołysze do snu, jest diametralnie różne od tego w nowych Priusach. W jednym aspekcie nic się natomiast nie zmieniło przez te 20 lat. Po wciśnięci gazu Prius I warczy tak samo jak wszystkie następne generacje. W tej kwestii nie widzę żadnego postępu.

Przyznam, że „jedyneczką” jeździło mi się nadspodziewanie przyjemnie. Ciekawa odskocznia od współczesnych, na siłę sportowych i poprawnych w prowadzeniu, modeli. Prius I majestatycznie i nieco leniwie toczy się przed siebie i jest cudownie oldschoolowy.

Samochód miał już na karku ponad 200 tys. km, ale nie wykazywał żadnych słabości. Ba, posiadał nawet oryginalny pakiet baterii. Przyspieszenie od 0 do 100 km/h udało mi się w całości nagrać na pojedynczym klipie Instastories, więc musi trwać mniej niż 15 s. Zużycie paliwa nie przekroczyło 6 l/100 km.

Mógłbym takim Priusem jeździć po mieście. Trudno o bardziej hipsterski wóz. Poza tym Priusem I jeździli Leonardo DiCaprio, Harrison Ford, Tom Hanks i Jennifer Aniston. I jeszcze Matt Damon i Natalie Portman. A no i Cameron Diaz i Julia Roberts. Może jednak jazda Priusem I to jest jakieś osiągnięcie?

toyota prius pierwsza generacja salon polska 3

Dwadzieścia lat na jednym obrazku. Rodzinka w komplecie. Cztery generacje Toyoty Prius. Brakuje jedynie Priusa Plug-in.

Dajcie się również porwać na jazdę Toyotą Mirai – pierwszym na świecie masowo produkowanym samochodem na wodór

I jeszcze filmy, które zostały z Instastories (Insta toleruje tylko pionowy format video).

#update 17.05.2017: benzynogłowi

#motocykl #jazda #benzynogłowy

Kilka dni po moim spektakularnym rozpoczęciu sezonu motocyklowego (apdejt poniżej) pojawiłem się na torze Łódź by wziąć udział w szkoleniu Suzuki Shell Szkoła Jazdy. Mądry Polak po szkodzie. Na usprawiedliwienie dodam, że na szkolenie zapisałem się jeszcze przed glebą. Pełny wpis na temat Suzuki Shell Szkoła jazdy jest w przygotowaniu. Tu, w dziennikach chciałem jedynie zwrócić uwagę na pewien fakt.

Przez ostatnią godzinę szkolenia miałem okazję swobodnie pojeździć na motocyklu po torze. Całkiem nowe i niezwykle ciekawe doświadczenie dla kogoś, kto dopiero zaczyna przygodę z moto. Samochodami różnej maści na torach gościłem już wiele razy. Zawsze było mnóstwo frajdy. Jednak na motocyklu wchodzisz na wyższy poziom torowego wtajemniczenia. Co prawda obowiązują cię te same prawa fizyki i zasady, jak za kierownicą samochodu, ale – że tak powiem – znacznie bardziej. Znacznie bardziej odczuwasz konieczność  płynnej jazdy, obierania optymalnej linii, świadomości tego, co dzieje się z maszyną i oponami na każdym etapie pokonywania zakrętu. Już samo egzekwowanie optymalnego toru jazdy na motocyklu jest znacznie bardziej emocjonujące. Mimo że nie potrafię jeszcze „schodzić na kolano” i domknąć opony, to i tak doznania były znacznie pełniejsze niż w samochodzie – nawet jeśli mówimy o AMG GT R.

Jak konkluzja płynie z tego płynie? Jeżeli faktycznie macie zajawkę na samochody (mam uczulenie na słowo „pasja”) i naprawdę uważacie się za prawdziwych ­beznynogłowych, to fascynować Was będą wszystkie pojazdy napędzane silnikiem. Jeżeli posiadacie to naturalne wyczucie fizyki poruszającego się pojazdu, głębszą świadomość tego co dzieje się z rozpędzoną maszyną i cieszą Was przeciążenia, to odnajdziecie przyjemność w upalaniu każdego rodzaju sprzętu. Od skutera wodnego, przez gokarta motocykl i quada po helikopter (w helikopterze to dopiero są przeciążenia). Warto spróbować wszystkiego.

Pierwsze kółka na dwóch kółkach na torze. Prawdziwi benzynogłowi mają frajdę z upalania wszystkiego, co napędzane jest silnikiem.

#update 14.05.2017: pierwsze szlify

#Suzuki #motocykl #SV650A

Piękne wtorkowe popołudnie. Jeden z pierwszych naprawdę ciepłych dni tego roku. Niespiesznie podróżuje przez miasto na testowym Suzuki SV650A. Świetny motocykl. Niebieski lakier z dwoma białymi pasami biegnącymi wzdłuż lśniącego w promieniach słońca zbiornika paliwa, przywodzi mi na myśl malowanie pierwszego Dodge Vipera na plakatach z dzieciństwa. SV650 jest piekielnie szybki. Najmocniejszy sprzęt, jakim do tej pory miałem okazję jeździć. Pierwsza maszyna napędzana silnikiem wewnętrznego spalania, której nie mam odwagi piłować do odcięcia…

Tak sobie rozmyślając, powolutku wchodzę w zakręt z prędkością nie przekraczającą 30 km/h. Standardowy miejski winkiel, 90 stopni. Taki, jakie pokonywałem już wielokrotnie. Wykonuje delikatny przeciwskręt, lekko się przechylam do wnętrza łuku, wszystko mam pod kontrolą. Spokój, rutyna, pełny relaks. Jestem panem sytuacji. Wtem… leżę na ziemi, a motocykl, drąc asfalt lewym bokiem, oddala się ode mnie i zatrzymuje kilka metrów dalej. 

Szybko dochodzę do siebie, zbieram z drogi i otrzepuję. Nic nie boli. Jest OK. Cała ta odzież ochronna, za którą nie przepadam, zadziałała równie skutecznie, jak poduszki powietrzne w samochodzie. Podobnie jak w przypadku poduszek, nie doceniasz tych wszystkich kevlarowych wkładek w jeansach i sztywnych rękawiczek, póki się nie przydadzą. Słabym punktem okazała się jedynie cywilna kurtka – stylizowana na motocyklową, żeby nie było. Do dzisiaj mam obity łokieć i pamiątkowe dziury na rękawie. Jak na ironię wyrżnąłem 100 m od sklepu, do którego zmierzałem po kurtkę motocyklową.

Pora na oględziny motocykla. Podbiegam do maszyny. Silnik nadal pracuje. Z trudem dźwigam SV-kę z ziemi i ustawiam na podnóżku. Przejeżdżający obok kierowca pyta, czy potrzebuję pomocy. Ale siara – myślę sobie. Motocykl wygląda podobnie jak ja. Cały, ale lekko przytarty. Nic się nie urwało, wszystko działa. Zaczynam doceniać przemyślany projekt całej konstrukcji. Każdy element, który ucierpiał wygląda na niedrogi i łatwy do wymiany. Widać, że wszystko zostało zaprojektowane z myślą o tym, że motocykl będzie leżał. Końcówka kierownicy, plastikowy odbojnik przy silniku, klamka hamulca i metalowa osłona tłumika noszą ślady kontaktu z najgrubszym papierem ściernym, jaki istnieje. Nie ukryję przed Suzuki faktu, że narozrabiałem.

Do dzisiaj nie mam pojęcia, co się stało, ani co zrobiłem nie tak. Obserwowanie z perspektywy płaza motocykla trącego bokiem o asfalt nie jest niczym przyjemnym. Jeszcze długo będę mieć przed oczami leżącą na boku Suzuki SV, która jakby z wyrzutem patrzy na mnie tym swoim wielkim reflektorem. 

Niniejszym chciałem zaznaczyć, że rozpocząłem sezon motocyklowy. Zapraszam do śledzenia PremiumMotoCyklu!

Suzuki-shell-szkola-jazdy-11

Sezon motocyklowy na PremiumMoto.pl uważam za rozpoczęty.

#update 11.05.2017: dotykałem Velara

#premiery #Range Rover #Velar

Range Rover Velar – gorąca i niezwykle intrygująca nowość w segmencie premium. Auto zadebiutowało na początku marca na salonie samochodowym w Genewie, w Polsce pojawi się w okolicach sierpnia. Obecnie jednak jeden egzemplarz podróżuje po Polsce w swoim przedpremierowym tourne. Rozpoczęło się uroczystą prezentacją w budynku warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Było mnóstwo celebrytów, byłem i ja.

Range Rover Velar to konkurent dla Volvo XC60, Porsche Macana czy Audi Q5. Bazuje na platformie Jaguara F-Pace i ma identyczny rozstaw osi, ale przysiągłbym, że jest znacznie większy. Jest długi, smukły, emanuje czystymi liniami. Na ulicach z pewnością będzie robił wrażenie.

A teraz 10 rzeczy, które musicie wiedzieć o Range Roverze Velar:

  • Velar jest oferowany jedynie w wersji 5-osobowej. Pomieści od 673 litrów (przy 5 fotelach) do 1731 litrów (przy dwóch fotelach).
  • Pneumatyczne zawieszenie Velara (w opcji) obniża się o 50 mm żeby ułatwić Wam wsiadanie i wysiadanie.
  • Do wyboru 4- i 6-cylindrowe silniki benzynowe i diesla (polecam szóstki) o mocach od 180 do 380 KM, 0-100 km/h od 8,9 do 5,7 s.
  • Jak wszystkie Range daje Velar daje radę w terenie. Wyposażony w zawieszenie pneumatyczne może pokonać wodę, która sięga mu do klamek drzwi.
  • We wnętrzu trzy cyfrowe wyświetlacze w standardzie. Największa nowością jest duży wyświetlacz na tunelu środkowym, z poziomu którego zarządzacie wszystkimi funkcjami samochodu.
  • Velar wyposażony jest we wszystkie dostępne obecnie systemy wspomagania kierowcy.
  • W opcji oferowane są laserowe światła drogowe, zapewniające pięciokrotnie większą jasność, niż standardowe światła LED.
  • Velar może poruszać się na felgach w rozmiarach od 18 do 22 cali.
  • Dostępnych jest 9 zróżnicowanych konfiguracji kolorystycznych wnętrza.
  • Podobnie jak w nowym Discovery (zerknijcie na moją relację z pierwszych jazd) do Velara możecie zamówić kluczyk w formie wszystkoodpornej bransoletki, z którą możecie pływać, skakać, latać…

Ceny Velara nie są jeszcze znane. Z pewnością będzie droższy od Evoque i tańszy od Range Rovera Sport. Zakładam, że będzie kosztować od około 200 tys. zł. Ale wersja, którą chcecie – z pneumatyką i silnikiem V6 – będzie zaczynać się zapewne od 250 tys. zł.

#update 08.05.2017: I jak to się spisuje – Ford Edge Sport 210 KM

#Ford #Edge #jaktosięspisuje

Ostatni tydzień spędziłem z Fordem Edge w wersji Sport. A teraz, zainspirowany pytaniem pewnego kierowcy Forda Mondeo, króciutko opowiem Wam „jak to się spisuje”.

ford-edge-sport-210km-test-2

Ford Edge Sport na 20-calowych felgach. Dla mnie bomba.

Cóż, spisuje się bardzo dobrze, szczególnie jako niezwykle praktyczny samochód rodzinny w długie trasy. Nie dziwię, że kompaktowe minivany tracą na popularności na rzecz SUV-ów, bo taki Ford Edge pod względem walorów praktycznych z powodzeniem może konkurować z Renault Scenickiem. Ma nawet podobny kolor.

Mamy tu mocniejszy z dwóch dostępnych w Edge’u diesli. Ma dwa litry, dwie turbiny i 210 KM. Jeżeli chcesz mieć Edge’a Sport z automatem, jesteś skazany na ten silnik (coś jak kiedyś z Fordem T i czarnym lakierem). Ale nic w tym złego, bo 210-konne bardzo dobrze pasuje do charakteru Edge’a. 210 KM dmuchane dwiema turbinami zapewnia Edge’owi przyzwoite osiągi, jednak nic ponad to. Niecałe 10 s do 100 km/h jest akceptowalne, a wyprzedanie na trasie przebiega sprawnie. Czasami Edge’a trzeba pogonić łopatkami przy kierownicy, bo nawet w trybie sport niechętnie redukuje biegi. Ford Edge Sport w trasie zużywa 7-8 l/100 km, a w mieście niecałe 11 l/100 km. Tak czy inaczej, w takim dużym SUV-ie wolałbym benzynowe V6, ale takie rzeczy to w USA.

Ford Edge bazuje na płycie Mondeo i podobnie jak Mondeo oferuje jedne z najlepszych właściwości jezdnych w sowim segmencie. Edge pozytywnie zaskakuje, prowadzi się jak mniejszy samochód, ale o tym pisałem Wam już tutaj. Przede wszystkim jednak Edge idealnie sprawdza się w długich autostradowych wojażach. Ma grubsze szyby i głośniczki emitujące coś w rodzaju „antyszumów”, dzięki czemu w kabinie panuje cisza nawet przy 140 km/h. Diesla słychać jedynie, kiedy przy niższych prędkościach wciśniemy gaz w podłogę. Wersja Sport posiada obniżone zawieszenie i 20-calowe felgi, ale komfort na nierównych drogach pozostaje na przyzwoitym poziomie.

Edge jest ekstremalnie praktyczny. Jest tu mnóstwo schowków, a każdy jest znacznie większy niż odpowiedniki, które znajdziemy w Volkswagenie czy Kii. Do tego do 4 gniazd 12V i jedno 230. Z tyłu miejsca pod dostatkiem, a oparcie foteli można odchylać. Do tego bagażnik większy niż w Mondeo kombi i ciut mniejszy niż w S-Maxie (608 l do rolety).

Skoro już jesteśmy przy wnętrzu. Trochę brakuje mu premium feel, jest estetyczne i dobrze wykonane, ale pewne detale i spasowanie niektórych elementów mnie nie przekonują. Nie przekonuje też powolny i losowo reagujący na dotyk system multimedialny SYNC2. SYNC 3 w odświeżonej Kudze spisuje się znacznie lepiej.

A poza tym Edge w wersji Sport w złotym  kolorze, na ciemnych, 20-calowych felgach, z czarnym dachem i masywnym lotką nad tylną szybą wygląda zabójczo. Po skończonej jeździe za każdym razem musiałem się obrócić, by zerknąć na niego jeszcze ten jeden raz.

#update 05.05.2017: idziemy na rekord!

#statystyki #Polska #premium

Kwietniowe dzienniki PremiumMoto.pl zakończyłem optymistycznym podsumowaniem sprzedaży nowych samochodów w Polsce za pierwsze trzy miesiące 2017 roku. Generalnie są powody do zadowolenia. Na przywitanie maja skupię się na wynikach, jakie uzyskały marki premium w Polsce w okresie od stycznia do końca kwietnia.

Ponownie samochodowe marku premium odznaczają się większą dynamiką wzrostu r/r. niż cały rynek nowych samochodów osobowych w Polsce. W samym tylko kwietniu kupiliśmy i zarejestrowaliśmy w naszym kraju 4 975 samochodów z wyższej półki. To wynik co prawda o 30,87 proc. mniejszy niż w marcu tego roku, ale o 23,63 proc. wyższy w zestawieniu z kwietniem roku 2016. Od stycznia do kwietnia 2017 roku w naszym kraju zostało zarejestrowanych 20 249 aut klasy premium, a wzrost wyniósł 28,93 proc.

Co ciekawe w kwietniu Mercedes-Benz wyprzedził, od dawna rozdające karty z segmencie premium w Polsce, BMW. Merc zarejestrował 1 187 samochodów (a dane nie uwzględniają osobowych wersji vanów Mercedesa: Citan, Vito, V, Marco Polo oraz Sprinter). BMW musiało zadowolić się drugą pozycją (1 104 auta), zaś Audi trzecią (997).

W statystykach za 4 miesiące to jednak BMW jest na pierwszym miejscu. Marka zarejestrowała 4 733 samochody, o 29,64 proc. więcej w porównaniu z sytuacją sprzed roku. Na drugim miejscu mamy Audi 4 286 zarejestrowanymi autami marki Audi. To wynik o 29,17 proc. lepszy w porównaniu z rezultatem z końca kwietnia 2016 roku. Trzecie miejsce dla Mercedesa z wynikiem  4 086 zarejestrowanych aut (plus 31,34 proc.). Na czwartym miejscu znalazło się Volvo z 3 804 samochodami (plus 31,04 proc.).

samochody-premium-ranking-2017

Ranking samochodowych marek premium w Polsce w pierwszych czterech miesiącach 2017 roku (wg liczby pierwszych rejestracji).

Jak widzicie wzrosty są znaczące – średnio koło 30 proc. – chociaż nieco mniejsze niż w całym 2016 roku, kiedy trzy czołowe marki zyskały średnio około 32 proc.

Tak czy inaczej, już teraz można powiedzieć, że 2017 będzie kolejnym rekordowym rokiem dla samochodowych marek premium w Polsce.

Koniecznie zajrzyjcie do obszernego podsumowania wydarzeń na rynku samochodów premium w Polsce w 2016 roku

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany