Harley-Davidson Livewire – elektryczny motocykl od Harleya. Najszybszy i najlepiej skręcający Harley w historii. Pierwszy masowo produkowany elektryczny motocykl na rynku. Sprzęt zaskakujący i zdumiewający w wielu aspektach. Jakie wrażenia zapewnia w trakcie jazdy? Zapraszam na test.

W moich recenzjach często porównuję motocykle do konkretnych modeli samochodów. To chyba taki mechanizm psychologiczny, bo na samochodach się znam, a na motocyklach mniej, więc próbuję sprowadzić to, co mniej znane do wspólnego mianownika z czymś, w czym czuję się komfortowo. Ale to użyteczne porównania, które pokazują, że w kwestii podejścia do rynku i biznesu producenci samochodów niewiele różnią się od producentów motocykli.

harley-livewire-test-opinia-11

Harley-Davidson Livewire ma 116 Nm, 105 KM i do 100 km/h przyspiesza w tempie supersamochodu. Przejedziesz na nim około 200 km, a potem będzie musiał go… naładować.

I jeśli miałbym porównać Harleya Livewire do samochodu, to z pewnością byłby nim Jaguar I-Pace. Harley podobnie Jaguar zaskoczyły rynek premierą swoich pierwszych elektrycznych modeli. Pierwsze pełnowartościowe elektryczne maszyny zostały wprowadzone przez marki, po których najmniej się tego spodziewaliśmy. I w obu przypadkach nie było półśrodków. W momencie swojej premiery elektryczny Jaguar był najszybszym i generalnie „naj” modelem w historii marki i tak samo jest w przypadku Harleya Livewire.

Tyle teoretycznego wstępu. Jeśli chodzi o praktykę, to pozwolę sobie zacytować tutaj mój instagramowy wpis o Livewire. 

harley-livewire-test-opinia-13

Harley Livewire dostępny jest w trzech wersjach kolorystycznych, ale to ta ruda wygląda najlepiej. To, co mi się spodobało, a czego nie uchwyciłem na zdjęciach to agresywna pozycja, jaką przyjmujesz na tym elektrycznym motocyklu.

Nie jest to szczyt możliwości Harleya jeśli chodzi o wyświetlacze, bo ten w Pan America prezentuje się znacznie lepiej. Ale to nic. Ten tutaj pozwala Ci wybrać jeden z aż 7 trybów jazdy, a o to, żebyś nie zabił się (za szybko) nawet w tym najbardziej agresywnym trybie dba rozbudowana elektronika.

 

Harley Livewire ale że jak, elektryczny?

– Ale że jak elektryczny?⠀
– No na prąd.⠀
– Że na samym prądzie jeździ?
– No tak, tu masz silnik elektryczny, tu ładujesz, tu przekręcasz i śmigasz.
– Ale że jak? ⠀
– Normalnie, jak w samochodzie elektrycznym, tylko na dwóch kołach.
– Ale… jak… Harley… elektryczny, nie hałasuje? ⠀
– No nie, bo nie ma czym.
– A gdzie są wydechy?⠀
– Ehh, ale po co miałby mieć wydechy?⠀
– No żeby… czekaj… Harley? Davidson? E… elektryczny?⠀
– Dokładnie…⠀
– Chyba poj#&@ło!⠀

Przez kilka dni, które spędziłem na elektrycznym Harleyu Livewire odbyłem wiele podobnych rozmów ze skonfudowanymi motocyklistami i kierowcami. I ja wiem, że Harley bez chłodzonego powietrzem silnika V2 jest jak „Dzień dobry TVN” bez Marcina Prokopa, ale… ⠀

Nie ma lepszego sprzętu do śmigania po mieście niż taki Livewire. Jakiś czas temu pisałem tak o skuterze BMW 650, ale tamten skuter nie przyspieszał do 100 km/h w tempie 740-konnego Lamborghini Aventadora. A Livewire przyspiesza i przelatuje przez korki z gracją skutera.

W mieście po prostu teleportujesz się od świateł do świateł. Oprócz najmocniejszego Taycana i Tesli nie spotkasz na drodze sprzętu, który w tak łatwy sposób zapewniałby tak trudne do ogarnięcia osiągi. To coś nowego.

Marcin Prokop w swoim wpisie o tym Harleyu stwierdził, że „150 tys. zł za jeżdżący odkurzacz to jednak trochę absurd.” Z tymi 150 tys. zł mogę się zgodzić, niestety cło robi swoje. Nie zgodzę się jednak z określeniem Harleya Livewire mianem jeżdżącego odkurzacza. Sugeruje ono, że to sprzęt, który nie budzi emocji i nie ma charakteru.

Z jednej strony pisałem niedawno, że unikatowe emocje w Harleyu w dużej części płyną z dwóch cylindrów wielkości babcinego gara na niedzielny rosół pod Twoim tyłkiem. Z drugiej strony Livewire bez tych cylindrów dostarcza emocji porównywalnych z Porsche Tyacanem za 1 mln zł, a to już poważna sprawa.

Sam jeszcze nie wiem, jak podejść do tematu Harleya Livewire. Po kilku dniach wiem jedynie, że chętnie postawiłbym go u siebie w garażu i przez kilka miesięcy w roku taki Harley na prąd byłby moją ulubioną formą przemieszczania się po mieście.

Teraz tylko zastanawiam się, czy to oznacza, że mnie po)#&@ło?

 

Livewire – nawet jeśli nie ma duszy, to ma serce

To, co nie zmieściło się na Instagramie, a o czym muszę wspomnieć jest serce. Bo nawet jeśli uznamy, że elektryczny Harley nie ma duszy, to z pewnością ma serce. I to serce czuć. Kiedy na nim siedzisz, to czujesz, że pod kanapą coś pulsuje w rytm spokojnego bicia serca. Czujesz jakbyś siedział na żywym zwierzu. To pulsowanie to celowy zabieg i moim zdaniem świetny pomysł.

harley-livewire-test-opinia-10

Ten czarny kaloryfer w centrum motocykla to oczywiście bateria. Ma pojemność 15,5 kWh, czyli tyle, co akumulator w hybrydach typu plug-in. Pozwala przejechać od 158 do ponad 200 km. Ładujesz go tak samo, jak hybrydę plug-in. Z gniazdka. Niestety pokładowa ładowarka Livewire jest dosyć słaba i 15 km zyskujesz w godzinę. Harley deklaruje jednak możliwość szybkiego ładowania z ładowarek publicznych – 100% w godzinę.

 

 

„To Harley? W życiu bym nie powiedział”

Z Harleyem Livewire mam tylko jeden problem (poza ceną). Fakt, że gdyby nie napis Harley-Davidson na zbiorniku pal… nad baterią, nikt by nie zgadł, że to Harley. W trakcie mojego testu kilka razy spotkałem się najpierw z pytaniem „co to za marka”, oraz stwierdzeniem „w życiu bym nie poznał”. Tak, Harleyowi Livewire brakuje nieco wizualnej identyfikacji z marką.

Ale Harley niedawno uporał się z tym problemem. Jak? Po prostu wydzielił Livewire jako osobną markę, specjalizującą się wyłącznie w motocyklach elektrycznych. Coś jak SEAT i Cupra, że wrócę od samochodowych analogii. W dodatku Livewire wypuścił właśnie kolejny motocykl. nazywa się Livewire One, wygląda tak samo jak ten „oryginalny”, ale ma inne malowanie, większy zasięg i cenę niższą o jakieś 8 tys. dolarów.

harley-livewire-test-opinia-4

Chyba jedyny element, po którym możesz rozpoznać, że Livewire to Harley. Czy to problem? No nie, bo Livewire jest już osobną marką, może wyglądać, jak chce i nie musi przypominać spalinowych motocykli Harley-Davidson.

O Autorze

Avatar

Kim ja w ogóle jestem i co tutaj robię? Od ponad 10 lat zawodowo testuję i recenzuję nowe modele samochodów. Kiedyś jako dziennikarz motoryzacyjny, dzisiaj bardziej niezależnie i lifestyle’owo, jako bloger i freelancer. Staram się wyjaśniać, doradzać i pomagać Wam w Waszych motoryzacyjnych problemach. Nowe samochody to po prostu moja praca. Szczególnie te klasy premium, ponieważ cenię sobie komfort, dbałość o detale oraz emocje, które wynikają z połączenia tych dwóch aspektów.

Podobne posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany

Moja matka mówi, że profil na Instagramie to jedyne, co mi się w życiu udało. 
Zapraszam w wolnej chwili.

close-link